Przyrzekam, w zeszły czwartek dwukrotnie próbowałam napisać notkę i dwukrotnie blox pożarł. No to odpuściłam, zresztą nic ciekawego nie było - stałe frustracje i walenie czołem w blat. Dziś, no cóż, bez większych zmian - i to od rana! Byle do czwartku. W piątek wolne. W międzyczasie wciąż myślenie i rozkminianie. Jak żyć, drogie Bravo?
Zdjęcie jak zdjęcie. Wolę się szczerzyć :)) Ale ale! Następnego dnia postanowiłam się trochę pointegrować i wyszło, że im wyglądam na 10 lat mniej! (No dobra, tylko jedna osoba dała mi 21, ale zawsze :))
No i podobno jestem fotogeniczna :)) Wpadł mi nowy - radykalny - pomysł do głowy. Czyli pewnie go nie zrealizuję. Ale pomarzyć można :))
Parę dni temu śniło mi się, że jestem słaba fotografką - i nie mogłam przez to spać. Jest to absolutnie możliwe - śnienie i niemożność spania. Wczoraj za to poszłam spać o wpół do dziesiątej. Po dobranocce. Od rana nie mam nadziei na nic i na dodatek odkryłam, że przed umyciem zębów wyglądam na swój wiek.
Tymczasem w środku wciąż jestem trzynastoletnim podrostkiem, który kłóci się ze światem o bałagan na biurku. To ja w tym związku jestem tą rozrzucającą skarpetki. W związku z czym czuję, że nie zasługuję na to, żeby żyć. Również dlatego, że nic mi się nie udaje, ciągle coś knocę, psuję, robię nie tak. Ciągle płaczę, zupełnie przecież bez powodu. Przecież mam wspaniałe życie, narzekam mając pełny brzuch. Po co więc w ogóle tu jestem? Zajmuję tylko niepotrzebnie (znowu) zbyt dużo przestrzeni, marnuję i tak kiepskie już powietrze.
Parę dni temu zobaczyłam piękne słowo: whoremones.
Jeszcze godzina, odliczam czas do wyjścia z pracy. Niestety, jeszcze nie mogę odliczać czasu do odejścia. Jeszcze godzina i będę mogła normalnie znowu pożyć, pójść kupić mięso i warzywa. Strasznie mnie kręci, jak D. mówi kup to i to, a ja zrobię jutro coś fajnego do jedzenia. I jak mnie przytula rano, jak go poproszę, bo śni mi się, że jestem sama w tłumie ludzi. A czasem myślę, że to nie ma sensu i nie ma prawa się udać. Ale nie dziś, dziś siedzę w pracy i tęsknię. Omijają mnie nawet wszystkie popsute sprzęty i nieoddzwonione telefony.
Myślę też o zdjęciach, boję się, że nie wyjdą, że nie uda mi się to, co planuję. Najlepiej mi wychodzą te nieplanowane, niestetość. Ale nic, pomysł jest, reszta zależy ode mnie. No dobra, i trochę od dziewczyn :)) Spisuję też fotografie do następnej rzeczy. Dzisiaj rano słowa i obrazki wskoczyły na swoje miejsce.
Cholera, zegarek kompowy się spieszy, dopiero za godzinę od teraz mogę wyjść i pożyć..
Kurcze, a ja na przekór wszystkiemu miałam zajebisty poniedziałek! Dostałam propozycję fajnej sesji, od razu wpadłam na pomysł, dziewczyny same mi się zorganizowały, na dodatek odebrałam moje pierwsze filmy z ponad pięćdziesięcioletniego aparatu i zdołałam je zeskanować, w międzyczasie spalając 500kcal na siłce :D Dzisiaj za to rozwiązałam podstawowy problem techniczny sesji oraz zweryfikowałam inny pomysł, ale nic straconego. O proszę. I na dodatek napisała mi się notka na mojego bloga :)
Że to tylko taka pora miesiąca, że mi już tak nie zostanie. Bo znowu jestem nie taka, śmaka i owaka. Wkurzam się na wszystko i na wszystkich (w obu przypadkach - głównie na D.) i zaraz potem wybucham płaczem nad swoją beznadziejnością, bo to przecież nic takiego i wkurzam się bezzasadnie. Wybucham też płaczem całkiem bez powodu. Jestem brzydka, gruba i do niczego. Nie umiem się wziąć za siebie i wszystko jest do dupy. I na dodatek trzeba iść do pracy.. Szczęściem tylko na trzy dni. Nie wiem, co to, ale niech minie. Żyć się nie da..
- Ech, kochanie, strasznie już bym chciał, żeby był łykend.. - JUŻ?? Przecież jeszcze nawet nie poszłaś do pracy. Wy Polacy to leniwce. - Ta, ta, leniwce, a w następny łykend mam szkołę, po dziewięć godzin!
Tylko myśl o łykendzie (długim łykendzie!) trzyma mnie przy życiu. Siedzę teraz i myślę, i się boję, że mi nie wyjdzie, że utknęłam tak głęboko, że nie zdołam wyjść z tej dziury. Jak nigdy odczuwam stratę czasu. Czuję, że desperacja wyziera mi ze spojrzenia. Gdybym się spotkała, to bym się nie polubiła, desperaci są odpychający. Czuję, że jestem posiadaczką kolejnego niedorobionego talentu. Że znowu zabraknie mi pary.
Muszę sobie zrobić magnes na lodówkę. "Nie jestem dziwką, nie muszę się wszystkim podobać."
Jadę Pawłem Królikiem*: czuję się, jakbym stała na brzegu rzeki, jeden krok i już - zmiana. Tylko, że ten drugi brzeg jest ciut za daleko i muszę poczekać, aż lepiej nauczę się pływać, nabrać krzepy, żeby przebić się przez nurt i wiry. I dowiedzieć się, gdzie dokładnie chcę dopłynąć, ten drugi brzeg jest bardzo duży. Tylko że strasznie nie chcę już być tu, gdzie jestem, przebieram nóżkami, zanurzam paluszki w nurcie. Woda tak bardzo kusi... Ale jednak nie. Cierpliwości, cierpliwości mi trzeba.
Ale lekcje są zajebiste, mózgomiażdżące. Grunt, żeby coś z tego wynikło, musi wyniknąć.
Z tego wszystkiego zapomniałam napisać tutaj: cały zeszły tydzień siedziałam na zwolnieniu. Tam przeziębienie! Mnie wzięło i przepukło. W niedzielę wieczorem zaczęły mnie boleć plecy - ot, czasem bolą, zdarza się. W poniedziałek gdy zadzwonił budzik, strasznie długo nie mogłam w niego wcelować, prawie cały się wydzwonił (stary, ruski, po babci, na sprężynę, to może się wydzwonić). Gdy próbowałam (bez skutku) wstać, odkryłam, dlaczego nie mogłam wyłączyć tego cholernego budzika: łopatka mnie bolała tak, jakby ktoś przez pół nocy nade mną stał i okładał szpadlem. I podźgał krawędzią. Nie pamiętam jak, ale w końcu udało mi się wstać. Starałam się przy tym nie oddychać za bardzo, bo bolało mnie przy KAŻDYM ruchu. Bałam się co będzie, gdy zacznę kaszleć, albo kichać, jak to bywa przy wychodzeniu z przeziębienia. Stałam an środku pokoju i myślałam: co tu robić, co tu robić! Przychodnia jeszcze zamknięta, poza tym co mi zrobią w przychodni, jeśli w ogóle się dostanę do mojego lekarza.. Szczęściem przypomniałam sobie o instytucji ostrego dyżuru i stwierdziłam, że chyba się kwalifikuję. Stwierdziłam, że co prawda tiszertu nie jestem w stanie zdjąć, ale mogę przynajmniej zmienić portki od piżamy na portki wyjściowe. Zsunęłam je na podłogę i wtedy się okazało, że nie mogę się schylić, a portki i im podobne mam w dolnej szufladzie i/lub na rzeczonej podłodze. Klepnęłabym się w czoło, gdybym mogła. Na szczęście na suszarce leżały portki capoeirowe z zeszłego tygodnia (mało świeże :P) - musiały wystarczyć. Tak wystrojona, w zarzuconej kurtce i chustce w lamparta, bez mycia zębów, bez karmienia kota, bez kasowania biletu pojechałam tramwajem do szpitala. W szpitalu oczywiście się zgubiłam, bo przy głównym wejściu nie ma ani grama informacji, ani żadnej recepcji, nic. Pani sprzątaczka na mój dość żałosny widok zapytała, czy mi nie pomóc, na co się zapytałam, gdzie jest ostry dyżur. - Który? "BURY, KURWA!" - Jezu, nie wiem który, boli mnie i chcę żeby przestało - odpowiedziałam ze łzami w oczach (serio, tak bolało, że płakałam). - A to nie to wejście. - ... - ...ale pójdzie tu pani w prawo, potem w lewo i windą na dół. Poszłam, zjechałam na dół, a na dole, nie wiedzieć czemu, na moje pytanie którędy na ostry dyżur, znów odpowiedziano mi pytaniem "KTÓRY". Ileż może być ostrych dyżurów w jednym szpitalu?? Za rzadko choruję :P W rejestracji wpisano mi godzinę przyjęcia 7.13, co było kłamstwem, bo weszłam do środka 40min. później. Oczywiście było tuż przez zmianą warty, ale od razu zabrały się do rzeczy na początku robiąc EKG ("A bo musimy sprawdzić, czy jest zagrożenie życia, zanim przyjdzie nowy lekarz" :P), mierząc ciśnienie ("Zawsze ma pani takie niskie ciśnienie?" - JEZUUMIERAM!!! Przeesz zawsze mi mówią, że mam wysokie!!!) i takietam. Najgorsze było to, że kazały mi się kłaść i wstawać co jakiś czas. Wolałam siedzieć jak kołek. Tak najmniej bolało. Założyły wenflon. Stawiały różne diagnozy. "No ale żeby AŻ TAK panią przewiało? No kto to widział, żeby taką młodą tak przewiało!" "Mi to wygląda na zespół bolesnego barku. Ale trzeba jeszcze prześwietlenie i neurologa." Więc było i prześwietlenie. Była i neurolożka. Był i ketonal w płynie (nie pomógł). Było i pobieranie krwi ("Aaaależ ma pani słabe ciśnienie. Musi pani więcej pić!" - No właśnie, wycharczały moje spierzchnięte usta - czy mogłabym dostać szklankę wody?) I siusianie do kubełka. I drugie prześwietlenie. I tremenol (czyjakmutambyło), który tym razem pomógł. I za drugim razem pani neurolożka powiedziała, że to jednak co innego, że mam krzywe kręgi w szyi. Że to "niewielka patologiczna kyfoza i linia kręgosłupowa tylna załamana wskutek niewielkiej spondylolistezy C3/C4". I wypisała skierowanie do ortopedy. A wszystko dlatego, że dwa lata temu upadłamna głowę :P O godzinie 14.13 na chwiejnych nogach wyszłam ze szpitala. Byłam w stanie już mniej więcej wstawać i związać sobie włosy. Z nadzieją pomyślałam o tym, że będę mogła wziąć prysznic i umyć zęby. Oraz skasować bilet. Bez lęku kichałam. Następnego dnia mój lekarz z przychodni wypisał mi zwolnienie na tydzień, mocniejsze leki przeciwbólowe i skierowanie do neurologa, żeby mi zrobił rezonans. Umówiłam się też na wizytę do fizjoterapeuty - magika, który leczy capoeiristów. Magik postawił diagnozę zgoła nieco inną, a przede wszystkim zapytał się mnie, jak JA sądzę, dlaczego mnie zaczęło boleć. Dla mnie przyczyna była prosta: całą niedzielę spędziłam w jednej pozycji przed kompem, z wyciągniętą ręką na myszy. Ale żaden z lekarzy nie przywiązał do tego wagi - dla wszystkich jasne było, że się przeziębiłam i weszło w mięśnie. Tymczasem się okazało, że to ani bark, ani łopatka, ani mięśnie, tylko kark, szyja, dysk i nerwy. Mam przepuklinę dyskową i całe szczęście, że nie uciska za bardzo na rdzeń kręgowy (ręce PRAWIE mi nie drętwieją w nocy..) Powiedział, że gdyby mi drętwiały bardziej, to by mnie wysłał na rezonans, ale tak to nie ma potrzeby. Od tamtego poniedziałku jest lepiej, ale wciąż fuckin' far from ok. Uwiera mnie nawet noszenie torby i ręce w kieszeni kurtki. Nie można mi jeździć na rowerze, a o capoeirze mogę zapomnieć na... nie wiem jeszcze jak długo. Muszę siedzieć jakbym miała kołek w tyłku i koniec z wylegiwaniem się przed kompem. Załatwiłam się na ament.
Ale wiecie? Przez ten tydzień ledwo się ruszałam i sykałam przy najmniejszej okazji, ale będąc poza pracą czułam się naprawdę szczęśliwa..
Nicto. Od soboty zaczynam zajęcia. Będę się uczyć robić zdjęcia :))
Jedna z szóstek w totku została trafiona w Tesco na Kabatach. Takie to bliskie - przecież mieszka tu masa znajomych, ja sama spędziłam na Ursynowie większość życia. Myśl o szóstce trochę się zbliżyła. A co jeśli to ktoś znajomy wygrał? A jeśli to mój wujek, albo brat, albo przyjaciel? Nawet nie kolega, czy koleżanka, ale właśnie ktoś bliski - czy powstrzymałabym się przed chociaż zasugerowaniem tego, że przydałoby mi się trocha kasy? Nie, nie na przejedzenie, of kors, ale na rozwój, szkołę, w dobrej sprawie przecież. Ile by było takich osób? A gdybym to ja wygrała? Ile osób by się zgłosiło? I ile by się odwróciło w przypadku odmowy?.. Przerażające. Hm.
Chłopaczysko pojechało na tydzień popracować - dobrze. W domu już świrował trochę. A ja mam okazję: - pobałaganić, - pospać na lewej stronie łóżka, - najeść się mojej ulubionej pizzy, - połazić w ulubionych portkach, - potęsknić. Za to nie ma kto mi zrobić naparu z czosnku na przeziębienie i przytulić, gdy rzucam się przez sen. Takieto. Lubię z nim, ale czasem potrzebuję sama, po mojemu.
A w tym tygodniu to nic się nie dzieje specjalnego.
We wtorek miałam chyba najgorszy dzień w tym roku. Wy też? Dużo osób miało. Aż znowu zaczęłam przeglądać strony z ofertami pracy.
Umieram na zakwasy. Łap i pleców. Oraz znowu chodzę na krwawych poduszeczkach. It's good to be back.
Ostatnio Promyczkowa się mnie pytała co tam u lubego, bo nie piszę, a ja jej na to, że nie piszę, bo on nie lubi, jak o nim mówię. Ale powiem Wam po cichu, że jest bardzo ok. Wyjazd wspólny w ciepły kraj bez pracy dobrze nam zrobił. I mam rycerza, który rzuca się na ratunek, gdy się budzę z krzykiem w nocy (kot mi skoczył z parapetu na nogi i zaczęłam wrzeszczeć ze złości i strachu). Strasznie zaczęłam tęsknić za Salvadorem.
Trzymajcie kciuki, żeby mi zapłacono za chałturę w terminie. Moje życie od tego zależy.
Wczoraj w okolicach Rawy Mazowieckiej zaczęła mnie boleć głowa. Ból barku zwaliłam na niewygodne warunki podróży, ale głowa?.. Boli do teraz. A wcześniej w drodze porobiłam się smutna i trochę zła. Wakacje wakacjami, ale wraca się na stare śmieci, do starych problemów, prosto w potrzydziestce. Oderwałam się, ale życie wessało mnie z powrotem z prędkością 90km/h. Takie wakacje to o kant rzyci. No dobra, aż tak to nie. Fajnie było. Plan zrealizowany: książki, piwo-wino, morskie stwory, morze, słońce, ciepłość. Zdjęć i seksu mało-wiele. Uwierał mnie jedynie brak kasy i ośrodek wypoczynkowy. Nieco-inclusivy w hotelopodobnych okolicznościach przyrody to nie dla mnie. Marzy się chata na Mazurach, czy jakichś Kaszubach. Wino i tak rozrabiam wodą, więc może być podłe. Szkoda tylko, że małże u nas nie rosną. Marzenia mi się robią takie przyziemne trochę. Nawet o samochodzie zaczęłam myśleć. Ja! Na starość tak chyba. Jestem dwa razy młodsza od moich rodziców (syskich tsech), a mam wrażenie, że ten czas mi przecieka, ucieka, że za chwilę nic już nie będzie. A ich to jeszcze wcześniej. Gdzie te sensy i marzenia? Podobno na nic nie jest za późno. A jeśli jednak? No cóż. Z opóźnieniem zatem zrobię sobie kolejny fakultet. Tym razem z miłości, a nie tylko z chłodnej kalkulacji. Pókico to się nie sprawdziło, a projekty z ogrodem otwieram z pewnym takim obrzydzeniem, w związku z czym może jednak ta miłość zaniedbana się odrodzi. A może nawet zaprocentuje. Na otwarcie zdjęcia w komputerze czekam przecież z niecierpliwością.
Od dwóch dni mam huśtawkę totalną. Wściekłość miesza mi się z entuzjazmem, złość z euforią. Teraz mam zjazd postemocjonalny, taki uczuciowy kac. Bo jednak dzisiaj więcej było tej wściekłości, aż sińca nabiłam na knykciu waląc pięścią w ścianę. Nie pomaga nic. Wszelkie próby przeprosin, przymilne teksty tylko mnie smucą, bo wiem, że kryje się pod nimi drugie dno. Męczy mnie i gnębi poczucie niedocenienia i niewdzięczności. Jakoś uśmiech nie ma jeszcze siły wpełznąć mi na twarz. W końcu minie. Jak każdy kac.
Ale no dobra. Muszę się skupić na zatygodniu. Od piętnastu chyba lat nie wyjeżdżałam w żadne kurorty - nigdy mnie nie ciągnęły takie wyjazdy. Teraz jadę do Chorwacji, wyjazd nieco-inclusive. Nie uśmiechało mi się takie coś na początku, ale pomyślałam, że w sumie przyda mi się wyjazd z nicnierobienie, tylko czytanie, w przyjemnych okolicznościach przyrody i gdzie jest ciepło i dużo morskich stworów podlewanych lokalnym winem. Teraz tylko muszę się nastawić na to, że będę nieco sama. Ale: nicnierobienie, tylko czytanie, w przyjemnych okolicznościach przyrody i
gdzie jest ciepło i dużo morskich stworów podlewanych lokalnym winem... Nicnierobienie, tylko czytanie, w przyjemnych okolicznościach przyrody i
gdzie jest ciepło i dużo morskich stworów podlewanych lokalnym winem... Nicnierobienie, tylko czytanie, w przyjemnych okolicznościach przyrody i
gdzie jest ciepło i dużo morskich stworów podlewanych lokalnym winem... Nicnierobienie, tylko...
...tymczasem zapierdol przez cały łykend. A nawet dwa. Ale jakież to miłe zapierdole, kiedy się wie, że 1) zapłacą za to godziwie, 2) sprawia to niewypowiedzianą satysfakcję. Ech, mogłabym tak codziennie..
Nie że piękne (ale fajne), bo musiałam kadrować, ale widać jak to z tymi butami było i lokiem, zanim go przypięłam do czaszki. A buty - obcierają! Wczoraj stwierdzone. (Oczywiście, w sobotę mam kolejny ślub w rodzinie i znowu idę z czerwonymi piętami.) Co ciekawe - wersja różowa nie obciera. Ot, zagadka..
A jak mi się chwilka z chęcią spotkają w jednym punkcie, to Wam opiszę dlaczego jestem kanapkową świruską.
Po tamtym dole zostało już ino wspomnienie. Zamiast tego nowa awantura jak zawsze o to samo, bo ty zawsze, bo ty nigdy i to okropne poczucie, że tak naprawdę jesteśmy identyczni i druga osoba pewnie czuje dokładnie to samo, ale rzuca w twarz naprzeciwko. On widzi źdźbła we mnie, ja w nim, ale belek we własnych oczach - już nie. A przynajmniej on :P Bo on zawsze. Za to nigdy. Nienawidzę tego.
No i jest sobie taki dzień, kiedy niby się chce, niby jest co robić, niby jest zapał, chęci i możliwości, a jednak nie. Jednak taki aseł czuje się beznadziejny. Beznadziejnie głupi, beznadziejnie samolubny, beznadziejnie mędrkowaty. Nie pewny siebie, tylko arogancki i przemądrzały. Aseł taki źle o sobie myśli. A gdy na dodatek umówione osoby nie przychodzą na spotkanie, aseł myśli: No tak, nie chcą ze mną, jestem taki-owaki, brzydki, niefotogeniczny i mnie nie lubią.. Prymuska, najlepszego w klasie co to zawsze wyrywa się do odpowiedzi, nigdy się nie lubi. Szczególnie, jeśli prymusek oszukiwał, bo część materiału przerabiał przez ostatnie niemal dziesięć lat. Aseł pogrąża się w tej czarnej studni, pech ściga dalej nawalającym aparatem, burzą w środku spaceru, brakiem inspiracji i modeli. Nakręca się taki idąc dalej, wybiegając w przyszłość do niedzieli: a co jeśli nie przyjedzie? A co jeśli będzie kolejna "surpresa" i przyjedzie w poniedziałek? A i tak na pewno jak przyjedzie to się nie ucieszy, będzie zmęczony i nie doceni nic, co dla niego (z)robię. I tak aseł idzie ulicą, jedzie tramwajem, zaciska oczy, dusi łezki w gardle. Aseł gardzi sobą i swoją słabością. Bożesztymój, ile to już razy?? Przecież za każdym razem jest to samo, aseł myśli, przecież nawet już nie mam do kogo i po co dzwonić po pomoc, bo ZAWSZE jest to samo.. Asła pocieszają tylko cztery rzeczy: - malownicza burza, - przypadkowa mini-sesyjka podczas przypadkowych odwiedzin w nowym studiu starego tatuatora, - własnoręczne naprawienie aparatu, - no i fakt, że to najpewniej kwestia zbliżającego się okresu.
Uruchamiam (kolejny) Tajny Prodżekt. Tym razem ma szanse powodzenia, bo w tym wypadku chodzi o rzecz, którą NAPRAWDĘ lubię robić. W związku z czym niemamczasu niemamczasu. Siedzę i myślę, i rozkminiam, pomysły zwalają się najczęściej tuż przed pójściem spać, znowu przeżywam ataki bizonów. I nie mogę spać. Ale wstaję i jestem pełna energii, jednocześnie będąc niewyspana - ot, taki sobie paradoksik.
Tym niemniej w TP najpierw muszę zainwestować, w związku z czym wykroiła mi się dodatkowa robota, przez co piórko będę mogła sobie wsadzić. A jeszcze jak dojdą warsztaty taneczne... Uratuje mnie tylko deszcz w przyszłym tygodniu, bo w deszczu nie mogę zrobić roboty :P
Cieszę się też, że to ostatni tydzień samotnego spania. Niech wraca już..
Poza tym co. Uczę się, normalnie, w szkole, chodzę z notesem i mam prace domowe. W tym tygodniu pewnie nie odrobię, bo nie mam modeli :P Niby podstawy, ale już parę rzeczy się dowiedziałam, których sobie nie uświadamiałam. Z fotografią też mam silną rozkminę.. Oglądam albumy, oglądam Fotografów przez duże fy. I oglądam tez zdjęcia, które mi się NIE podobają :)) Pókico największym odkryciem, jest fakt, że fotografowanie WCALE nie jest takie łatwe, jak się wydaje. Widzę to dopiero teraz. Wcześniej to było tylko cykanie, łapanie momentów. Prawdziwe przemyślenie, aranżacja, ustawienie światła, wszystkiego - to jest kurde sztuka! Poza tym, tak na marginesie, na pewno z umiejętności fotografa brakuje mi dystansu do własnych zdjęć. Przydałoby się też nieco pokory :] Ale nic. Uczę się.
Uruchamiam (kolejny) Tajny Prodżekt. Tym razem ma szanse powodzenia, bo w tym wypadku chodzi o rzecz, którą NAPRAWDĘ lubię robić. W związku z czym niemamczasu niemamczasu. Siedzę i myślę, i rozkminiam, pomysły zwalają się najczęściej tuż przed pójściem spać, znowu przeżywam ataki bizonów. I nie mogę spać. Ale wstaję i jestem pełna energii, jednocześnie będąc niewyspana - ot, taki sobie paradoksik.
Tym niemniej w TP najpierw muszę zainwestować, w związku z czym wykroiła mi się dodatkowa robota, przez co piórko będę mogła sobie wsadzić. A jeszcze jak dojdą <a href="https://www.facebook.com/event.php?eid=172306726165993" target=_blank>warsztaty taneczne</a>... Uratuje mnie tylko deszcz w przyszłym tygodniu, bo w deszczu nie mogę zrobić roboty :P
Cieszę się też, że to ostatni tydzień samotnego spania. Niech wraca już..
Poza tym co. Uczę się, normalnie, w szkole, chodzę z notesem i mam prace domowe. W tym tygodniu pewnie nie odrobię, bo nie mam modeli :P Niby podstawy, ale już parę rzeczy się dowiedziałam, których sobie nie uświadamiałam. Z fotografią też mam silną rozkminę.. Oglądam albumy, oglądam Fotografów przez duże fy. I oglądam tez zdjęcia, które mi się NIE podobają :)) Pókico największym odkryciem, jest fakt, że fotografowanie WCALE nie jest takie łatwe, jak się wydaje. Widzę to dopiero teraz. Wcześniej to było tylko cykanie, łapanie momentów. Prawdziwe przemyślenie, aranżacja, ustawienie światła, wszystkiego - to jest kurde sztuka! Poza tym, tak na marginesie, na pewno z umiejętności fotografa brakuje mi dystansu do własnych zdjęć. Przydałoby się też nieco pokory :] Ale nic. Uczę się.
Brat zaczął nowe życie. Nie, źle, wróć! Kontynuuje to wszystko dobre, co się dzieje, tyle że zmienił stan skupienia, nałożył pierścień władzy :)) Ślub był jak ślub, wesele wesołe, a ja miałam mega wzruszkę, gdy mój malutki braciszek tańczył swój pierwszy taniec z żoną. Bezwstydnie się poryczałam. Dejm! Wciąż mi łzy w oczach stają..
Brat mi zadedykował piosenkę - Tańczę na stole Przemyk. Razem tańczyliśmy kankana!
Tymczasem ja zaczęłam kurs fotografii. Dla początkujących. Serio serio. Nie dlatego, że w życiu aparatu na oczy nie widziałam, ale dlatego, że chciałabym sobie uporządkować i uzupełnić to, co już wiem. I choć początkowe zajęcia w dużej mierze obejmowały już to, co wiem, to jednak parę ciekawostek mi wpadło. Na szczęście podstawowe zasady kompozycji stosuję dość intuicyjnie :))
Poza tym wczoraj wpadłam na kolejny pomysł na Tajny Prodżekt, ale o tym cichosza. Jak ruszy to się pochwalę (-limy :)) Na razie jadę na adrenalinie i dzisiaj już ustawiłam się na reportaż Ślicznotek z Brazylii, które dzisiaj tańczyć będą w Muzie na Chmielnej. Wpadajcie! I koniecznie wpadajcie na warsztaty taneczne, które poprowadzi m.in. znana to z komentarzy Mariolka! Będzie czad.
Na sześć dni przed ślubem mojego Malutkiego Braciszka metrosiemdziesiątparę z jego Szanowną Narzeczoną metrosiemdzisiąttrochęwięcej, postanowiłam coś zrobić z butami. Buty mam piękne. Idealnie swoim kolorem (pistacjowym) podkreślają głębię koloru kiecki (śliwkowy). Lekkie (bo z plastiku). Wygodne. Prawie nie obcierają. I tylko niemiłosiernie skrzypią... Skóra obciera się o plastik i wydaje przerażające SQUEEEEK SQUEEEEK z każdym krokiem. I gdyby tu chodziło o samo wesele, to jeszcze jakoś bym dała radę, ale tutaj rozchodzi się o kościół - cisza, skupienie. I wysokie sklepienie, od którego czarownie będzie odbijało się echem moje SQUEEEEK, gdy dyskretnie będę usiłowała złapać braciszka na karcie pamięci, gdy wypowiada przysłowiowe "AMENT". Kombinowałam na różne sposoby. Skarpetka-baletka dałaby radę, ale po 1. nie znoszę wystających z krawędzi buta części skarpetki, szczególnie przy jeleganckiej okazji, po 2. to są piptoły, więc absolutnie skarpetka odpada. Usiłowałam wycinać dziury, ale słabo to jednak wygląda. (Choć jestem święcie przekonana, że widziałam gdzieś skarpetki-balerinki do piptołów. Chyba że mi się przyśniły, może być i tak..) Pomyślałam więc, że skoro nie da się zmienić cielesności moich stóp, trzeba coś zrobić z plastikowością butów. Trzeba je od wewnątrz obkleić plastrami. Chodziłam z tym pomysłem czas jakiś, ale nie było czasu, żeby go wypróbować w praktyce. W związku z czym świetnie się złożyło, gdy w niedzielę po południu koleżanka mnie wyciągnęła na kawę "czy coś". Mieszkamy blisko, więc wszędzie na piechotę. Idealna okazja do przetestowania pomysłu, prawdaż.. Wciąż uważam, że w teorii pomysł był - jest! - świetny. Tylko może zamiast plastrów materiałowych trzeba użyć papierowych. Dzisiaj bowiem za trzydzieści niemal złotych polskich nakupić musiałam plasterków na stopy. Bąble zamknięte obkleiłam plastrami silikonowymi, rany otwarte - tzw. quickhealerami. I mam nadzieję, że do wesela się zagoi.. (A jak nie, to biorę dwie pary butów na zmianę. Żadne nie są pistacjowe, ale każde podkreślają kiecę. A co!) Tymczasem idę ćwiczyć kręcenie włosów na lokówkę i sprawdzić, czy prezent mieści się do pudełka. Ate logo, dzieciaczki!