Blog > Komentarze do wpisu

czereśnie

Czereśnie to moje największe przekleństwo. Przynajmniej od pierwszego roku studiów, kiedy się okazało, że dopadło mnie na nie uczulenie. (Znaczy, najpierw były wiśnie - ha! jedzone z W. na Polach tuż po tym, jak zaliczyłam ćwiczenia z czegoś technicznego u pana, którego nazwisko rymuje się ze Zwiędła Mu Pałka, a W. załatwiała wtedy paszport na ten wyjazd w Dalekie Kraje Południowohamerykańskie, gdzie ja nie pojechałam i do tej pory pluję sobie w brodę, bo kto wie, jakby się wszystko dalej potoczyło, gdybym pojechała - no więc po wiśniach dopiero doszły czereśnie, jabłka, gruszki, śliwki, brzoskwinie, nektarynki etc. etc. - wszystkie różowate, jak potem odkryłam na dendrologii.) A czereśnie kocham, miłością wielką, już od dzieciństwa, kiedy na działka dziadce, w sensie dziadka działce, siedziało się na starych czereśniach, Miszka z bratem tamtym, co już nie żyje na jednej, ja na drugiej i te drzewa miały taką żywicę wypływającą ze szpar, więc jak się siedziało na tych drzewach i zrywało czereśnie prosto z gałęzi, to one najlepiej smakowały. I maliny też na tej działce były najlepsze. Nigdy potem nie jadłam takich pysznych malin i zupełnie nie rozumiem zachwytów nad tym badziewiem z tekturowych pudełek. Ale może źle trafiam.
No więc pomimo tego, że czasem gardło mi się zaciska, tracę głos, a w najlepszym razie trochę mnie piecze podniebienie i język, co jakiś czas kupuję sobie półkilo czereśni. W zeszłym roku nie, bo w zeszłym roku były jakieś koszmarnie drogie, a ja byłam bez kasy, ale w tym roku są już ciut tańsze, a ja jeszcze kasę mam. Więc dzisiaj mam swoje półkilo czereśni. Ale niechby już były trochę słodsze.. Jak te z tych drzew spływających żywicą.
Podobno wciąż są tam te czereśnie. Podobno szpaki tam teraz mają używanie. Nie ma komu ich zrywać. A pewnie w końcu je wytną, bo jakieś osiedle ma się tam budować. Ale jakby zachowali, to małe nowe dzieciaczki z nowego osiedla miałyby fantastyczną zabawę z tymi czereśniami, całkiem jak my, bo na dziadków osiedlu też rosły drzewa owocowe, co prawda nie czereśnie, ale z kolei z małych zielonych jabłek świetnie urządzało się bitwy, a potem żółkły te papierówy i były całkiem słodkie, a ja zawsze właziłam na najwyższą gałąź, bo no przecież warszawianka musiała udowodnić, że nie jest cienka w uszach. Hm. Do tej pory czuję, że zawsze muszę włazić na najwyższą gałąź.
Dawno nie łaziłam po drzewach.

A wieczorem idę sobie sprawdzić tę miejską stand-up poetry, bo mi ciągle zaproszenia na fejsbuka przychodzą, a ja ciągle odmawiam. Ale dzisiaj mam chęć.

czwartek, 18 czerwca 2009, uparte_zwierze
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/06/18 11:40:46
A to zrobilas mi smaka. Ide kupic czeresnie. Fakt - te prosto z drzewa sa najsmaczniejsze (zreszta jak wszystkie owoce), ale drzewa w okolicy nie uswiadczysz a stragan i owszem.
-
2009/06/18 12:28:26
Ale wiesz, to były TE drzewa i TE czereśnie :))
Heh, to jedno z silniejszych wspomnień z dzieciństwa..
-
2009/06/18 13:33:58
kurde i ja mialam takie czeresnie i drzewa zywicowe u babci i dziadka :), ale kuzyn zbudowal dom i czeresnie powycinal ;/ a zesmy sie scigali kto da rade wyzej wlezc
-
2009/06/18 15:00:50
I jeszcze na orzechy! Na orzechy się świetnie wspinało. Choć z reguły właziłam tam sama, chłopacy się bawili w swoje zabawy.
-
2009/06/18 15:44:33
Moj dziedek mial sad - papierowki, wisnie, agrest, ach czego tam nie bylo. Nic nie smakowalo tak jak owoce prosto z drzewa. Nawet, gdy zjadlem ich tyle, ze potem pawiowalem :)
-
2009/06/18 15:52:31
No właśnie. Działka dziadka to był taki sado-ogród warzywny. Kopaliśmy ziemniaaaaaki, zbieraliśmy porzeeeeeczki, obieraliśmy bóóóób... Ech... I zajewajka babci...
-
2009/06/18 15:52:54
*zalewajka :]
-
2009/06/18 16:08:15
o rany, Aśle, ale żeś mnie doszczętnie rozsentymentalniła.
Czarnej porzeczki (uwielbiam) jak u dziadków nigdzie nie jadlam takiej...i malin też.

Ciekawe, czy te smaki z dzieciństwa nie wydają nam sie TAKIE zajebiste dlatego, że to już wspomnienia?
-
2009/06/18 16:32:11
Nie-e. W maliny nigdy nie uwierzę. Tam były taaaaakie słodkie. I wielkie! Nie takie popierdółki.
A czereśnie dobre jeszcze się zdarzają.
-
2009/06/18 19:08:21
Czereśnie najlepsze w życiu jadłam na wakacjach w Lewinie. Podobno jakieś wielkie i niesamowicie dobre kupowaliśmy od gospodarzy na rozstaju, ale ja tego nie pamiętam, zostały mi w pamięci tylko cudownie słodkie i aromatyczne dzikie czeresienki rwane z drzewa na górskiej łące. I czarna porzeczka też tam rosła, w krzakach za domkiem, nigdy potem już innej nie chciałam jeść. Ale chyba nie dlatego kocham czereśnie, one po prostu stanowią sens mojego życia i już. :)
Najłatwiej się rozsentymentalnić wspominając smaki dzieciństwa, nie? :)
-
2009/06/19 08:19:47
Co ciekawe, nie miałam zamiaru się rozsentymentalniać. Bardziej mnie np. rusza tamto Pole Mokotowskie i kwaśne wiśnie, po których mi wypaliło mordę.
Chciałam po prostu napisać coś o niczym, czyli o czereśniach i tak mi się rozrosło :))